RSS
 

Broń niezawodna i odporna na zanieczyszczenia

07 lis

Jako  zawodowy żołnierz zawsze wysoko ceniłem broń niezawodną, odporną na najgorsze warunki eksploatacji. Taką, która wytrzyma wszystko – mrozy, tropiki, brak regularnej konserwacji czy czyszczenia. Mało tego – dobra broń wojskowa winna być jeszcze idiotoodporna czyli wytrzymać próby traktowania jej w sposób zupełnie niezgodny z instrukcją. Czy taka broń istnieje? Żadna nie jest w pełni niezawodna, ale wiele konstrukcji wytrzymuje więcej niż można sobie wyobrazić.

Mój przyjaciel  zjeździł pół świata, szkoląc się w działaniach specjalnych. Miał wiele okazji, by sprawdzać wspaniałą, zachodnią broń strzelecką. Fascynował się celnymi karabinami G – 3, FN FAL, M 16 czy SIG 550, ale po wszystkich tych zachwytach stwierdzał na końcu, iż jego AKMS co prawda nie trafiał tak precyzyjnie, ale za to strzelał  z a w s z e. Nawet wtedy, gdy wcześniej wyjął go z błota. Kiedyś podczas kursu przetrwania tydzień moczył się na bagnach, wraz z „specjalsami” z innych armii. Karabin praktycznie cały czas był pod wodą. Nie było czasu na czyszczenie. Potem musieli strzelać i wtedy na placu pozostał tylko stary AK. Celne, ergonomiczne ale  konstrukcyjnie złożone karabiny „wolnego świata” odmówiły posłuszeństwa. Aby zadziałały, trzeba było wpierw doprowadzić je do porządku. Odporność mechaniczna tej sowieckiej konstrukcji jest wręcz legendarna. Da się z niego skutecznie polować nawet na grubą zwierzynę i to przy użyciu ślepych nabojów…  Jak to robić, nie będę zdradzał, ale ci co trzeba wiedzą.

Karabin Kałasznikowa wytrzymuje test, polegający na tym, iż załadowana broń jest nasadzana pionowo, lufą z góry na pręt stalowy, po czym odpalany jest nabój. Efekt? Kałach skacze do góry, pręt jest wbijany, a sama broń pozostaje kompletnie nieuszkodzona. Ponoć przetrwał to  jeszcze austriacki AUG, tak samo jak próbę, polegająca na przejechaniu kabeka gąsienicami czołgu T  – 72.  Karabin leżał na gruzie, nie na miękkiej ziemi. Po tym teście widać było pękniętą  kolbę drewnianą, ale broń działała dalej.

Odporność broni powtarzalnej, automatycznej czy półautomatycznej na zanieczyszczenia zależy od tego, jakim „zapasem przestrzeni” na brud dysponuje komora  zamkowa  oraz jaka jest energia zespołu ruchomego /w przypadku broni semiauto bądź auto/.

Tajemnica sukcesu starego Kałacha tkwi nie tylko w prostocie konstrukcji ale i w  tym, iż prędkość odrzutu części ruchomych  jest aż o 5 m/s większa niż wymagana do wyrzucenia łuski i wprowadzenia nowego naboju. Zapewnia to niezawodność broni, nawet w warunkach silnego zabrudzenia części, ale i pogarsza celność, bo długi skok ciężkiego tłoka z suwadłem  zakłóca  stabilność karabinu.

Czy  prosty repetier  jest bardziej niezawodny od automatu bądź półautomatu? Oczywiście. Niesamowitą wręcz odpornością na zanieczyszczenia cechuje się zwykły, pogardzany przez wielu Mosin. Najlepszy – także w tej kwestii nie jest wcale Mosin sowiecki lecz fiński, zwłaszcza wz. 39. Ten ostatni znosił nie tylko urazy mechaniczne, ale i piach, pył, błoto, mróz czy kompletny brak czyszczenia. Do tego strzelał niezwykle celnie.

Stary rosyjski Mosin miał oczywiście mnóstwo wad, gdyby tak nie było sztucery całego świata bazowałyby na tej konstrukcji, a nie Mauserze 98.

Częstym przypadkiem w Mosinie było samoczynne otwieranie się zamka, zwłaszcza w broni załadowanej i nie zabezpieczonej. Efektem w najlepszym razie było wypadanie naboju z komory. Do innych wad można zaliczyć m.in. źle opracowane odprowadzenie gazów przy przypadkowym przebiciu spłonki, w rezultacie klinowanie się iglicy i bardzo niebezpieczne przerywanie się gazów w stronę oczu strzelca. Jedynym plusem zamka była mała ilość części składowych. Duże oddalenie rączki zamkowej od języka spustowego zmniejszało szybkostrzelność praktyczną, ponadto była ona zdecydowanie za krótka. Niewygodny i niepewny bezpiecznik (uruchamiany drogą odciągnięcia bijnika i przekręcenia go w lewo) funkcjonował fatalnie przy mrozach. Trudno było zabezpieczyć broń nawet w rękawicach. Zdarzały się częste osłabienia lub pękania sprężyny spustu oraz zacięcia przy ładowaniu amunicji do magazynu, jeżeli robiono to bez łódki. Inne problemy to samoczynne otwieranie się klapy magazynu i w rezultacie utrata amunicji, częste łamanie wyciągu, słabe elementy łoża (przede wszystkim szyjka kolby i nakładka na lufie) oraz fabryczne przystrzelanie broni (kb 1891; 1891/30) z bagnetem, co powodowało konieczność stałego noszenia go na broni. Lista wad była zresztą wielokrotnie dłuższa, ale wymienianie wszystkich nie ma sensu. Dlaczego więc sowieccy sołdaci  tak cenili ten toporny karabin? Dlaczego ceni go nadal wielu zawodowych myśliwych z Syberii,  do tej pory, choć to broń bardzo przestarzała? Najkrócej tłumacząc, duże tolerancje wymiarowe między częściami i prostota sprzyjały niezawodności.

Podczas I wojny światowej Rosji brakowało mocy produkcyjnych by wyprodukować odpowiednią ilość Mosinów dla swojej licznej armii. Broń systemu Mosina/Naganta produkowano więc poza granicami, ale i tego było za mało. Rosja zdecydowała się w końcu zamówić broń innego systemu, pod przepisowy nabój 7,62 x 53R. Wybrano przepiękny wzór Winchestera wz. 1895, karabin z dolną dźwignią wahliwą i magazynem środkowym, bardzo ceniony przez amerykańskich myśliwych. Ten „lever action” był najmocniejszy mechanicznie ze wszystkich dźwigniowych modeli tej firmy i wg wszystkich łowców bardzo niezawodny. Kontrakt na dostawę pierwszych stu tysięcy karabinów podpisano 25 listopada 1914 roku.

Wersja dla Rosji była dostosowana do ładowania amunicji z łódki. Długi bagnet nożowy był zbliżony do modelu używanego w kb Enfield.

W lutym 1916 roku całe pułki piechoty były wyposażone w Winchestery. Na Froncie Północnym karabiny lewarowe wydawano pułkom  łotewskim.

W październiku 1916 roku zaczęto realizację dostaw drugiego, dwukrotnie większego zamówienia. W początkach 1917 roku Winchestery znajdowały się już na uzbrojeniu jednostek Frontów Kaukaskiego i Południowo – Zachodniego  oraz w pułkach zapasowych.

Planowano zakup  kolejnych 300 tys. karabinów. Jak więc wytłumaczyć rezygnację Rosjan z dalszych dostaw Winchesterów? Przyczyn było kilka, ale nas interesują tylko te zgodne z tematem. Niestety, to co dobre dla myśliwego, nie nadawało się dla potrzeb masowej armii, składającej się w znacznej części z kompletnych analfabetów. Karabin liczył  90 części składowych (w tym  9 głównych), a sam zamek składał się z 12 elementów. Toporny Mosin miał ponad dwukrotnie mniej części, a jego obsługę mógł opanować w kilka godzin nawet zupełny prostak. Wojsko narzekało na zacięcia przy zanieczyszczonej komorze zamkowej. Błoto wojny pozycyjnej, pył, piach wreszcie potworny mróz nie sprzyjały precyzyjnym Winchesterom. Dowódcy zwracali też uwagę na duże zużycie amunicji. Dwutaktowy zamek pracował szybko i lekko, zwłaszcza w porównaniu z Mosinem. Bojcy strzelali więc dużo i kulek ciągle „nie chwytało. Podkreślano oczywiście dobrą celność karabinu Winchestera oraz jego szybkostrzelność czy przydatność… ale z punktu widzenia myśliwych. Opinia końcowa kilku rosyjskich ekspertów była niekorzystna dla broni amerykańskiej.

Dostarczone do USA wyniki badań porównawczych Mosina i Winchestera zbulwersowały stronę amerykańską. Ba, nie uwierzono w nie. W toku powtórnych testów okazało się, iż wymagania stawiane broni wojskowej w obu państwach są rozbieżne. Fachowcy z firmy Winchester nie mogli zrozumieć, po co przeprowadzać testy pracy zamka przy komorze zamkowej zapełnionej błotem, śniegiem czy innymi zanieczyszczeniami. W takich warunkach mądry żołnierz wpierw czyścił broń, a potem strzelał. Rosjanie twierdzili jednak, iż na wojnie nigdy nie ma czasu na oczyszczanie komory czy zamka. Broń ma strzelać zawsze, kwestia jak celnie jest mniej istotna.  Wyszło ponad wszelką wątpliwość, iż z Mosina, można było oddać strzał w warunkach ekstremalnie silnego zabrudzenia, a z Winchestera nie. Inżynierowie z firmy Winchester szybko opracowali zmodyfikowaną i znacznie tańszą broń lewarową, specjalnie dla Rosji, wysoce odporną na trudy okopowego życia, ale w tym czasie Rosja zamawiała już swoje Mosiny w kilku konkurencyjnych zakładach. Co ciekawe, nie podjęto nawet próby skierowania tego prostego „lever action” na rynek cywilny – i słusznie, bowiem ponoć klekotał jeszcze gorzej niż Mosin i trudno byłoby znaleźć nań nabywców.

Co ciekawe, karabiny Winchestera świetną opinią cieszyły się później wśród białogwardzistów, gdzie poziom wyszkolenia i dbałości o sprzęt był znacznie wyższy.  Lewary M 95 zaczęły wreszcie „wyciekać” z wojskowych magazynów, trafiając w lepsze,  myśliwskie ręce. Po dziś dzień można je spotkać na Syberii. Powszechna dostępność naboju, jego znaczna moc, możliwość oddania pięciu szybkich strzałów pod rząd i to bez odrywania broni od ramienia, kurek zewnętrzny – wszystkie te cechy zrobiły z Winchestera legendę. Jeden z naszych łowców, polujący często w Rosji dostał jako przewodnika „amierikańca”. Był co prawda trochę zaskoczony jego orientalnymi rysami twarzy, ale wszystko się wyjaśniło, gdy ten pokazał swoją broń. Był to karabin Model 1895, rok produkcji 1916, w oryginalnym wojskowym łożu. Broń nie miała celownika optycznego. Na pytania o skuteczność starego Winchestera Rosjanin nie odpowiedział wprost. Pokazał bliznę, idącą od żeber aż do biodra. Niedźwiedź – stwierdził lakonicznie.  Gdy byłem młody, polowałem z Mosinem. Kiedyś trafiłem dobrze, ale mimo to zwierz zdołał mnie dopaść. Na szczęście ojciec był blisko i wpakował w niego cały magazyn z Winchestera. Nie żyłbym, gdyby nie „Ten” karabin.

Rosjanin otaczał Winchestera wręcz nabożną czcią. Na pytanie czy nie lepiej zamienić sztucer na lżejszą i krótszą broń, odpowiedział – póki mojego życia, Winchestera nie oddam.

Ta historia winna uzmysłowić myśliwym, iż niezawodność w sensie wojskowym nie musi przekładać się na wymagania, stawiane broni myśliwskiej.  Czasem lepiej jest mieć broń nieco mniej odporną na warunki polowe, za to bardziej szybkostrzelną i ergonomiczną. Trzeba starannie określić nasze potrzeby i oczekiwania wobec broni, którą zamierzamy nabyć, z uwzględnieniem warunków,  w jakich będziemy polować. Gdy nasz sztucer będzie „pracował” w lesie praktycznie każdego dnia, warto poszukać broni specjalnie do tego przystosowanej.

Jak wiadomo, w  łowiectwie funkcjonują modele  wręcz przewidziane do ciężkiej pracy, typowe „woły robocze” jak chociażby wersje sztucerów „na każdą pogodę – allweather”. Broń taka charakteryzuje się osadami z wytrzymałego tworzywa sztucznego (np. kevlar) oraz  lufami i komorami zamkowymi wykonanymi ze stali nierdzewnej. Jeżeli jednak sztucer ma rzeczywiście pracować niezawodnie w trudnych warunkach, wszystkie pozostałe elementy (np. mechanizm spustowy czy magazyn) także nie powinny ulegać korozji. Niestety, stal stali nierówna. Wielokrotnie widziałem sztucery z kiepskiej nierdzewki, pokryte rdzawym, rudym nalotem. Jeden właściciel twierdził nawet, iż rudy kolor przepięknie maskuje broń.

Osady z wysokowytrzymałych tworzyw sztucznych mają już, choć nadal rzadko nawet strzelby łamane (np. nadlufka Cynergy Composite Black  Ice)

Dobrych kilka lat temu kupiłem nowy sztucer marki Savage. Po osadzeniu nań lunety ruszyłem na strzelnicę. Broń, mimo „budżetowej” ceny okazała się wyjątkowo celna. Po starannym wyczyszczeniu varminta i włożeniu zamka do komory zamkowej nie mogłem go zamknąć. Zaglądałem kilkakrotnie w lufę, oglądałem, potem rozbierałem sam zamek – niby wszystko w porządku. Ostatni, czwarty  takt był niemożliwy do przeprowadzenia. W końcu okazało się, iż drobne, trudne wręcz do zobaczenia gołym okiem kawałki ochronnego plastikowego płaszcza z wycioru dostały się w wycięcia ryglowe komory zamkowej. Takie drobiny w żaden sposób nie przeszkadzałyby np. w zamknięciu zamka w topornym Mosinie/Nagancie, ale „amerykaniec” okazał się czuły na złe traktowanie jak kobieta. Cóż, zamek precyzyjnego varminta musi być dobrze spasowany. Ktoś  stwierdzi – wiadomo, broń wyczynowa, która ma służyć do trafiania celów punktowych z dużego dystansu nie będzie odporna na brud czy mrozy, bo tych kwestii nie da się pogodzić. A nieprawda, karabin wyborowy AW (Arctic Warfare), zgodnie z nazwą działa świetnie w warunkach najgorszych mrozów i byle zanieczyszczeń się nie przestraszy. Co do parametrów skupienia, nadal jest w ścisłej, światowej  czołówce.

Wysokie opinie co do niezawodności zebrał  wśród  zachodnich ekspertów sztucer Steyr Scout. Broń była badana zarówno w warunkach arktycznych mrozów jak i w tropikach i przyznać trzeba, iż funkcjonowała bez zarzutu.

Rok temu Niemcy przeprowadzili test praktycznie wszystkich znanych sztucerów samopowtarzalnych kal. .30 – 06, w którym sprawdzali m.in. niezawodność broni, przy użyciu fabrycznych nabojów różnych producentów*. Sprawa nie jest błacha – przy wciąż rosnących populacjach dzików popularność półautomatów może się zwiększać, zwłaszcza gdy rozważamy je jako propozycję na zbiorówki. Każdy łowca chciałby, by jego sztucer samopowtarzalny funkcjonował tak samo niezawodnie przy pociskach lekkich, ciężkich i bardzo ciężkich, niezależnie od producenta amunicji. Z dziewięciu nowych, losowo wybranych egzemplarzy sztucerów oddano po 170 strzałów. Broń testowano następującą amunicją: Hornady z pociskiem o masie 14,3 g; Sako z pociskiem Hammerhead 14,3 g, RWS z pociskiem KS  10,7 g; Sellier & Bellot z  SP 11,7 g; Winchester Silvertip 9,72 g oraz Norma Vulkan 11,7 g. Każdy sztucer musiał przetrawić po 20 nabojów Hornady i po 30 pozostałych firm.

Jak to wyszło? Ano, ani razu nie zacięły się sztucery Benelli Argo, Merkel SR 1 i Verney Carron Impact. Po jednym zacięciu miały Browning BAR LT Standard Plus, Hecker & Koch SLB 2000 +  i  Sauer 303 Classic. Sześć problemów wystąpiło u Winchestera SXC  Vulcan, aż 31 przy Voere 2185 i  33  u Remingtona 750 Woodmaster. W tym ostatnim przypadku oznacza to, iż mamy aż 19,4 % szans na to, iż broń nie wyrzuci łuski i nie poda kolejnego naboju.

A jak w tym teście wypadła amunicja? Na 270 wystrzelonych nabojów czeskich zdarzyło się 38 problemów z przeładowaniem (14,1 %). Niezbyt dobrze w półautomatach funkcjonował i Silvertip Winchestera (28 przycięć czyli 10,4 %). Idealnie działały tylko naboje Normy i RWS (zero zacięć),  zaś Sako i Hornady przyzwoicie (0,7 i 2,8 %).

Była to próba wykonana nabojami znanych i popularnych  firm.

Ja odważyłem się na sprawdzenie własnej broni samopowtarzalnej amunicją gorszej klasy, mianowicie rosyjskimi nabojami Barnauł (w kalibrach  .30 – 06 i .308 Winchester) oraz Wolf (obecnie Tulammo, tylko w kalibrze .308 Win.). Użyłem nabojów z pociskami o różnych masach i typach (FMJ, SPBT, SP).

Z Merkla SR 1 wystrzeliłem 40 nabojów kal. .30 – 06,  z pociskiem SP. Więcej się nie odważyłem, wiadomo, stalowy płaszcz rosyjskich pocisków, cienko platerowany miedzią lub mosiądzem lufie nie służy.

Z Wiepra, Sajgi i Tigra (wszystkie w kalibrze .308 Win.) oddałem po 80 strzałów amunicją z pociskiem o różnych masach. Broń po każdej serii 5 strzałowej odpoczywała przez kilkanaście minut i w trakcie prób nie była czyszczona.

Efekty?

Wydaje się, iż zachodniej broni ta amunicja nie pasuje. Powodem mogą być stalowe łuski, zupełnie inaczej pracujące w komorach. Merkel zaciął się 6 razy, w tym raz bardzo paskudnie, bowiem pęknięta łuska przerwała próby na dłużej. Rosyjskie sztucery działały lepiej, na 240 strzałów miały łącznie 3 zacięcia. Wrażliwszy okazał się Tigr, kopia Dragunowa,  z krótkim skokiem tłoka (2 zacięcia, oba z Barnauła SP). Sajga przekosiła jeden nabój Wolfa,  natomiast Wiepr chodził jak zegarek.

 Podczas sprawdzenia tej broni nabojami produkcji zachodniej, z każdego egzemplarza wystrzelono po 30 sztuk amunicji (po 10 szt.  Hornady z pociskiem A – Max, RWS DK i Hirtenberger Nosler Partition).  Rosyjskie sztucery strzelały bez zarzutu, zacięcia nie zdarzyły się ani razu.

Wśród łowców polujących w Afryce spotyka się opinie, iż niemieckie sztucery mają zbyt dobrze spasowane zamki i mogą być problemy, gdy do wnętrza komory zamkowej dostanie się piasek. Druga obiegowa opinia dotyczy zakleszczania się łusek silnych nabojow Roya Weatherby (np. .460 Wby Magnum) w komorach sztucera Mark V. Nie stać mnie na łowy w Afryce, nie mogę się więc do nich odnieść.

Wśród śrutowej broni samopowtarzalnej  dobre opinie co do niezawodności tyczą modeli działające na zasadzie odrzutu zamka półswobodnego (np. Benelli), a najwięcej problemów stwarzają strzelby z krótkim odrzutem lufy.

Bardzo mało popularne wśród naszych myśliwych są strzelby przeładowywane ślizgowym ruchem czółenka („pump action” – pompy). Warto jednak pamiętać, iż są one znacznie bardziej pewne od półautomatów, bo działają sprawnie niezależne od jakości amunicji. Druga zaleta to niska cena. Osobiście wielokrotnie zawiodłem się na typowych strzelbach semi – auto. A to „fajka”, a to niedosyłanie naboju.  Pewnie dlatego od dawna używam modelu M 3 Super 90, który jest bronią dwufunkcyjną. Gdy brud czy piach zaczynają przeszkadzać w funkcjonowaniu, wystarczy jeden ruch przełącznikiem i mój półautomat zamienia się w prostą mechanicznie „pompę”. Strzela wtedy znacznie wolniej, ale przynajmniej  z a w s z e.

 Marek Czerwiński

* Wild und Hund, 21/2009

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Broń

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz